Cena niezależności: Ile Polska musi zapłacić za „energetyczną” wolność

Cena niezależności: Ile Polska musi zapłacić za „energetyczną” wolność

Dążenie Polski do dywersyfikacji dostaw ropy i gazu nabiera ostatnio coraz większego przyśpieszenia. Zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego w kontekście wydarzeń ukraińskich staje się zrozumiałe. Pojawia się jednak pytanie o rzeczywiste możliwości uniezależnienia się od Rosji, biorąc pod uwagę czynniki polityczne i ekonomiczne.

Jakie mamy potrzeby

Zapotrzebowanie polskiej gospodarki na gaz szacuje się w tym roku na prawie 14 mld metrów sześciennych. W ciągu najbliższych lat wzrośnie ono do ponad 20 mld. Z Rosji sprowadzamy 5,7 mld m3 gazu, z Azji 2,7 mld, z Norwegi 1 mld m3. Krajowe wydobycie wynosi nieco ponad 4 mld m3, a może być zwiększone do około 6-7 mld m3 na rok. Jeśli chodzi o ropę sytuacja wygląda dużo gorzej. 95% z ponad 20 milionów ton importujemy wyłącznie z Rosji. W najczarniejszym scenariuszu, w wypadku pogorszenia polsko rosyjskich stosunków, grożącym ewentualnym odcięciem dostaw gazu, duże zakłady przemysłowe w Polsce już po kilku dniach miałyby problemy z utrzymaniem produkcji. Zgodnie z normami europejskimi Polska powinna posiadać zapasy ropy naftowej i gazu ziemnego na co najmniej 90 dni. Według zapowiedzi ministerstwa gospodarki taki poziom bezpieczeństwa powinniśmy osiągnąć w przyszłym roku, tyle że wówczas Unia zwiększy swoje normy do 120 dni.

Skąd jeśli nie z Rosji

Wybór alternatywnych źródeł dostaw surowców energetycznych w dużym stopniu zależy od Polski, lecz nie tylko. Alternatywą dla rosyjskiej presji gazowej, może być rozważana przez Polskę budowa terminalu gazu skroplonego, zmiana kierunków importu, a wreszcie zwiększenie wydobycia krajowego. Obecnie dostawy z krajowych złóż gazu ziemnego zaspokajają ponad 40 procent potrzeb Polski na ten surowiec. W wypadku ropy najczęściej pojawia się pomysł na zbudowanie rurociągu Odessa – Brody – Gdańsk. Zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego to jednak gra, w której uczestniczy nie tylko Polska. Dla wielu krajów realizowanie niezależności energetycznej wcale nie musi być zbieżne z naszym interesem.

Pionek na szachownicy

Budowa tzw. Gazociągu Północnego przez rosyjsko-niemieckie konsorcjum pokazało, o jak wielką stawkę toczy się gra. Rosja, podobnie jak inne kraje Europy Zachodniej, dąży do rozwiązań korzystnych dla siebie. Z kolei z punktu widzenia Polski najbardziej pożądane jest przedłużenie ropociągu z Ukrainy (Odessa) do Płocka (koszt 400 mln dolarów), a stamtąd istniejącą rurą do Gdańska. Problemem pozostaje znalezienie rynku zbytu dla niewykorzystanej części z 20-25 mln ton ropy, jakie można by tą drogą sprowadzić. Należy także pamiętać, ze polskie rafinerie przystosowane są do przetwarzania ropy ciężkiej. Zbudowanie ropociągu oznaczałoby konieczność poniesienia dodatkowych nakładów inwestycyjnych na przerób ropy lekkiej. Ten koszt jednak w wypadku pogorszenia relacji z Rosją jest do przełknięcia. Zyski są o wiele większe: umocnienie więzi z Ukrainą zwiększa szanse na prozachodnie nastawienie tego kraju, co leży w długofalowym interesie Polski.

Należy jednak zwrócić uwagę na kłopoty ze znalezieniem rynków zbytu dla tak pozyskanego surowca. Z ekonomicznego punktu widzenia krajom zachodnim bardziej opłaca się sprowadzać kaspijską ropę rurociągami na wybrzeże Morza Śródziemnego, a stamtąd tankowcami do Europy. Niezależnie jednak od tego w jaki sposób ropa dotrze na Zachód: tankowcami czy przez istniejące połączenia pomiędzy Polską z Niemcami nowa ropa będzie musiała wyprzeć już obecną na rynkach m.in. z Afryki.

Ulotny gaz

Rząd stara się jak może zapewnić również nowe źródła dostaw gazu. W grę wchodzi budowa rurociągu z Norwegii, terminalu LNG (gazu skroplonego) oraz podobnie jak w wypadku ropy, równoległego do Odessa - Brody – Płock gazociągu sarmackiego, który jest jednak dopiero planowany. Wstępny koszt szacowany jest nawet na 4 mld euro. Skupmy się więc na dwóch pierwszych pomysłach.

Norweska nitka

Decyzja o budowie gazociągu z Norwegii spodziewana jest pod koniec roku. Trwa liczenie kosztów. Wcześniej jednak musi zapaść decyzja Skandynawów o budowie odcinka Oslo – Goteborg, której również należy się spodziewać do końca roku. Obecnie gaz norweski „płynie” do nas przez Niemcy w ilości 0,5 miliarda metrów sześciennych za „jedyne” 300 dolarów za 1000 metrów sześciennych. Mimo że jest to o 70 dolarów więcej niż za gaz od wschodniego sąsiada, PGNiG nie rezygnuje. W czerwcu doszło do porozumienia z Statoilem co do dalszej współpracy.

W boju o terminal LNG pozostają Gdańsk i Świnoujście. Analizy kosztowe mówią o wydatku rzędu nawet 600 mln dolarów. To jednak nie wszystkie wydatki. Przygotowanie krajowej sieci gazowniczej, zbudowanie stacji redukcyjnych do obsługi większych ilości gazu może wymagać kolejnych 500 mln dolarów i kilku lat.

Komu, komu

Nie można odmówić Ministerstwu Gospodarki woli dywersyfikacji dostaw ropy i gazu. Jeśli rządowe projekty dojdą do skutku za kilka lat będziemy mieli 20 mld metrów sześciennych gazu na własny użytek. Gdy jednak spojrzeć na historyczny wzrost zużycia gazu w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat (+3,5 mld) można się zastanawiać czy będziemy w stanie skonsumować gaz, jaki już za kilka lat być może popłynie do Polski. Zdaniem ekspertów, budowa terminalu LNG ma sens tylko wtedy, gdy zagwarantujemy sobie kontrakt na dostawy skroplonego gazu.

Decyzje

Wydaje się, że polskiemu rządowi coraz bardziej zależy na dywersyfikacji dostaw gazu i ropy, choć zdaniem Andrzeja Szczęśniaka „rząd jest na etapie mierzenia wielu projektów, nie zdecydował się jeszcze na jeden konkretny, który dawałby rokowania na przyszłość.”

Źródło: Bankier.pl / budnet.pl
Autor: Radosław Miętus

Tagi

Czytaj też…

Czytaj na forum

Kalkulator izolacji ścian

Społeczność budnet.pl ma już 16480 użytkowników

Użytkownicy online (2)

gości: 154

Ostatnio dołączyli
Zobacz wszystkich >
Galerie
Zobacz wszystkie galerie >